Podczas gdy dla jednych posiadanie sławnych rodziców może być przepustką do wielkiej kariery, dla innych może stać się prawdziwym murem do przeskoczenia. Ciągłe porównania, oczekiwania powtórzenia sukcesów i przedłużenia rodzinnej spuścizny to realia, z którymi od początku kariery musiał mierzyć się Carlos Sainz Junior. I wydawać by się mogło, że kiedy w końcu udowodnił, że nie jest tylko „synem Carlosa Sainza”, jego kariera w końcu nabierze tempa. Los jednak postanowił, że ciągłe porównania do wybitnego ojca, zamieni na sformułowania, że „ktoś inny będzie lepszym wyborem”.
Carlos Sainz Junior od najmłodszych lat żył w cieniu wielkiego nazwiska. Jego ojciec – Carlos Sainz Senior – jest jedną z największych legend sportów motorowych. Dwukrotny rajdowy mistrz świata i wielokrotny zwycięzca Rajdu Dakar przez lata budował swoją pozycję jako jeden z najwybitniejszych kierowców w historii tej dyscypliny. Dla młodego Hiszpana posiadanie rodzica, który osiągnął tak wiele oznaczało zatem ciągłe porównania, do których na wczesnych etapach kariery musiał się przyzwyczaić. Już na samym początku musiał mierzyć się z koniecznością udowadniania swojej wartości i budowania własnej tożsamości. Sainz Junior zdecydował się jednak wybrać tory asfaltowe, na których zadebiutował w wieku 11 lat, jako kierowca kartingowy.
Droga Carlosa Sainza do Formuły 1
W 2010 roku dołączył do Red Bull Racing Junior Teamu i w tym samym roku zadebiutował w serii Formuła BMW. Z punktu widzenia budowania własnego wizerunku bardzo ważne było trzecie miejsce zdobyte na torze w Barcelonie, kiedy to przyciągnął uwagę hiszpańskich mediów, pokazując, że zamierza tworzyć indywidualną karierę kierowcy wyścigowego. Rok później regularnie stawał na podium i zwyciężał w innej juniorskiej serii – Formule Renault 2.0. Kolejne sezony, to kolejne serie, gdzie ponownie niejednokrotnie meldował się na wysokich pozycjach. Prawdziwym popisem umiejętności młodego Hiszpana okazał się start w Formule Renault 3.5 w 2014 roku, razem z francuskim zespołem DAMS. Zwyciężył już w pierwszym weekendzie wyścigowym na Monzy, zostając przy tym najmłodszym zwycięzcą tej serii, mając wówczas 20 lat. Kolejne triumfy sprawiły, że na koniec sezonu pokonał drugiego Pierre’a Gasly’ego i tym samym został mistrzem serii, co przyniosło mu upragniony „awans” do Formuły 1. Zdobycie tego mistrzostwa było również pierwszym momentem, kiedy Carlos zaczął funkcjonować jako samodzielny zawodnik, a nie wyłącznie syn rajdowej legendy.
Pierwsze sezony w Formule 1 Carlosa Sainza
Carlos Sainz zadebiutował w F1 w 2015 roku w zespole Scuderia Toro Rosso, a jego partnerem zespołowym został Max Verstappen. Hiszpan zapunktował już w pierwszym wyścigu, zajmując dziewiąte miejsce w Grand Prix Australii. W sumie w debiutanckim sezonie w najlepszej dziesiątce znalazł się siedmiokrotnie, ale dość zawodny bolid sprawił, że tyle samo razy nie ukończył wyścigu. Zdobyte doświadczenie sprawiło, że w kolejnym sezonie Carlos zdobył o 28 punktów więcej w klasyfikacji generalnej. Rok później na koncie Hiszpana było już wysokie siódme miejsce GP Monako i czwarta lokata w Singapurze, natomiast w dalszym ciągu zawodny bolid i dwa nieukończone wyścigi sprawiły, że na cztery weekendy przed końcem sezonu za zgodą obu stron podpisał kontrakt z Renault i tam też dokończył zmagania w 2017 roku.
I wydawać by się mogło, że od tego momentu kariera Sainza nabierze rozpędu, ponieważ sezony w barwach francuskiej ekipy ukończył kolejno na dziewiątym i dziesiątym miejscu klasyfikacji generalnej, najwyżej plasując się na piątej pozycji GP Azerbejdżanu. I tutaj dochodzimy jednak do pierwszej sytuacji w karierze Hiszpana, kiedy został postawiony przez faktem dokonanym, że jego kontrakt nie zostanie przedłużony na następny rok, bo jego miejsce zajmie Daniel Riccardo. Niewątpliwie był to hitowy transfer, ponieważ Australijczyk po latach odchodził z ekipy Red Bulla, pomimo że tam kontrakt miał już „na stole”. Oznaczało to, że Carlos musi szukać dla siebie miejsca, jeśli dalej chce się utrzymać na gridzie.
Oferta przyszła z McLarena, gdzie miał stać się liderem zespołu, po tym jak odszedł z niego inny wybitny Hiszpan – Fernando Alonso, a jego nowym partnerem został 20-letni Lando Norris. Z brytyjską ekipą Carlos przez dwa sezony nie ukończył w sumie pięciu wyścigów, a w jednym nie wystartował. Prawdziwym sukcesem okazało się pierwsze podium w karierze Hiszpana – trzecie miejsce GP Brazylii 2019, a także druga lokata w GP Włoch 2020. Sainz regularnie punktował, a w ogólnym rozrachunku zajmował wysoką szóstą lokatę w tabeli kierowców. I kiedy wydawało się, że w końcu znalazł zespół, z którym będzie mógł rozwinąć swoją karierę, na drodze po raz kolejny stanął Daniel Riccardo, który zajął jego miejsce w McLarenie. Szczególnie trudny mógł być fakt, że sytuacja zaczynała przypominać tę z Renault. Carlos ponownie prezentował solidną formę, regularnie zdobywał punkty, a mimo to został zastąpiony przez bardziej medialne nazwisko.
Przejście do Ferrari
Tym razem jednak los się do niego uśmiechnął, ponieważ oferta nadeszła ze Scuderii Ferrari. Zostanie kierowcą najbardziej legendarnego zespołu na gridzie oznaczało, że talent Carlosa został dostrzeżony, a on bardzo szybko udowodnił, że do wielkich czynów potrzebuje tylko i aż dobrego samochodu. Już w debiutanckim sezonie we włoskiej ekipie czterokrotnie stawał na podium, ostatecznie zajmując piąte miejsce w klasyfikacji generalnej. Ale to sezon później przyszedł moment, na który czekał całe swoje życie. Na początku lipca 2022 roku na torze Silverstone najpierw wywalczył pole position 0,072 sekundy nad drugim Maxem Verstappenem, a dzień później jako pierwszy dojechał na metę wygrywając swój pierwszy wyścig w karierze. Dodatkowo bardzo dobre występy Hiszpana oraz jego zespołowego partnera – Charlesa Leclerca, sprawiły, że w 2022 roku Ferrari zostało wicemistrzem świata konstruktorów. Sezon 2023 i 2024 miały dla Sainza podobny przebieg – regularnie punktował, stawał na podium, w tym trzykrotnie na jego najwyższym stopniu. Szczególnie istotny był rok 2024, ponieważ Scuderia od samego początku wyrosła na faworyta do tytułu mistrza, a obaj kierowcy na starcie prezentowali wybitną formę. Jednak to właśnie wtedy paddockiem wstrząsnęła informacja, o chyba najbardziej hitowym transferze w nowej historii F1 – przejściu Lewisa Hamiltona z Mercedesa do Ferrari. Dla wszystkich od samego początku oczywistym było kto zostanie zastąpiony przez siedmiokrotnego mistrza świata. Nie pomogły zwycięstwa, regularne punktowanie, czy współpraca między kierowcami na i poza torem – Sainz po raz kolejny musiał zostawić swoje miejsce dla kogoś „lepszego”. I to właśnie w tym tkwi wyjątkowość historii Carlosa. Wielu kierowców traci miejsce w zespole z powodu słabych wyników. On natomiast najczęściej tracił je wtedy, gdy jeździł dobrze. Trudno o bardziej frustrującą sytuację dla sportowca niż świadomość, że zrobił wszystko, co było w jego mocy, a mimo to o jego przyszłości zdecydowały czynniki znajdujące się poza jego kontrolą.
Dość ciekawym aspektem może być fakt, że do GP Hiszpanii 2026 to Carlos Sainz pozostawał ostatnim zwycięzcą wyścigu dla włoskiej ekipy. To jego triumf w GP Meksyku z dnia 27 października 2024 był ostatnim momentem, na okres prawie dwóch lat, kiedy mogliśmy oglądać kierowcę Ferrari na najwyższym stopniu podium.
Wymuszone przejście do Williamsa i podsumowanie
Od minionego sezonu Hiszpan jeździ dla innej legendarnej ekipy – Williamsa. Pomimo, że dysponuje znacznie słabszym bolidem udało mu się dwukrotnie stanąć na podium – w Baku i Katarze. Te osiągnięcia sprawiły, że brytyjski zespół uplasował się na bardzo wysokim piątym miejscu tabeli konstruktorów. Zmiana regulacji, opóźnienia w fabryce i brak pojawienia się na pierwszych przedsezonowych testach sprawiły jednak, że początek tego sezonu jest dla Sainza bardzo ciężki (i to dosłownie, bo bolid na początku sezonu miał około 26 kg nadwagi). Mimo to Carlos punktował trzykrotnie, co w zaistniałej sytuacji można uznać za niemały sukces. Jego kontrakt obowiązuje jeszcze do końca tego sezonu i póki co nie wiemy jak będzie wyglądać przyszłość Hiszpana w F1.
Historia Carlosa Sainza pokazuje, że czasami największym przeciwnikiem nie są rywale na torze, lecz etykiety narzucane przez innych. Najpierw musiał udowodnić, że jest kimś więcej niż synem wybitnego kierowcy rajdowego, a kiedy udało mu się tego dokonać, przyszło mu się zmierzyć z jeszcze trudniejszym wyzwaniem – opinią, że zawsze znajdzie się ktoś lepszy. Mimo tych wszystkich trudności, za każdym razem wracał i wynikami udowadniał, że drzemie w nim ogromny talent, ale także wyjątkowa odporność psychiczna na kolejne rozczarowania i odrzucenia.
Autorką artykułu jest Aleksandra Binkowska, znajdziecie ją na TikToku – link.



Zgłoszenie błędu w tekście
Zaznaczony tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: