Odkąd w 2019 roku Charles Leclerc został kierowcą zespołu Ferrari, był określona mianem wielkiego talentu i wróżono mu zdobycie mistrzostwa świata. Należy tutaj przypomnieć, że był on najmłodszym kierowcą zakontraktowanym przez włoską ekipę od 1961 roku. Na pierwszy rzut oka historia Leclerca przypomina bajkę – ogromny talent, legendarna ekipa i rzesze fanów. Jednak zagłębiając się w jego życiorys poznajemy, że każda z tych historii ma swoją ciemną stronę.
Jeszcze zanim Charles dołączył do Formuły 1, w jego życiu rozegrały się prawdziwe dramaty. W lipcu 2015 roku zmarł jego przyjaciel, ojciec chrzestny oraz idol – Jules Bianchi. To właśnie na torze ojca Julesa, Charles stawiał pierwsze „kroki” jako kierowca kartingowy i to jemu Leclerc zadedykował zwycięstwo w serii GP3 w 2015 roku. W czerwcu 2017 zmarł z kolei jego ojciec – Hervé Leclerc – podczas gdy Charles ścigał się w Baku w wyścigu Formuły 2. To ojciec po raz pierwszy zabrał, raptem czteroletniego Charlesa na tor gokartowy, a w kolejnych latach był dla niego ogromnym wsparciem i największym fanem. Strata tak ważnych osób i mentorów była potężnym ciosem dla młodego kierowcy, który jednak nie zamierzał się poddawać. Dla wielu takie doświadczenie oznaczałoby koniec kariery i brzemię, które zostaje na całe życie. Dla Leclerca stało się jednak czymś więcej – źródłem napędu i motywacji, aby to co robi dedykować tym, którzy od początku go wspierali. I już w tym samym roku (2017) wywalczył mistrzostwo F2, które zadedykował właśnie swojemu tacie.
Początki w Formule 1
W 2018 roku rozpoczęła się kariera Monakijczyka w Formule 1, gdy oficjalnie zadebiutował w ekipie Alfa Romeo Sauber F1 Team. Już wtedy dość regularnie punktował, ale brak konkurencyjnego bolidu, nie pozwalał mu zajmować miejsc na podium. Kluczowym momentem sezonu, także w kontekście historii Leclerca, był wyścig w Belgii. Dla kontekstu po raz kolejny przywołam postać Julesa Bianchiego, który zmarł, ze względu na bardzo ciężki stan po wypadku na torze Suzuka. Po tej tragedii władze Formuły 1 zdecydowały się wprowadzić do bolidów system Halo – obręcz nad głową kierowcy, która ma ją chronić przed urazami. Podczas GP Belgii w 2018 roku już na pierwszym zakręcie wyścigu doszło do kontaktu między Hulkenbergiem i Alonso. Ten drugi wyleciał w górę, a koła jego bolidu spadły na samochód Leclerca. Gdyby nie krytykowane wówczas przez wszystkich Halo, opisywana przeze mnie historia zakończyłaby się na tym wydarzeniu. Niewątpliwie był to jeden z tych momentów, gdzie przeszłość spotyka się z teraźniejszością w najbardziej brutalny sposób – tragedia, która zabrała przyjaciela, po latach ocaliła życie.
Pierwsze lata w Ferrari
Kluczowy dla Charlesa był rok 2019, kiedy został zakontraktowany jako kierowca Ferrari, dzięki czemu mógł uwolnić swój pełen potencjał. Już w drugim weekendzie w barwach Scuderii w Bahrajnie wywalczył pierwsze w karierze pole position, a kilka miesięcy później został zwycięzcą Grand Prix Belgii. Co szczególnie istotne to fakt, że wyścig odbył się po tragicznej śmierci Antoine’a Huberta, przyjaciela Charlesa, któremu zadedykował zwycięstwo. Monakijczyk po raz kolejny udowodnił, że wsiadając do bolidu potrafi odciąć się od tragicznych momentów, jakie mają miejsce w jego życiu i pojechać fenomenalny wyścig. W miejscu, gdzie nie jeden by się poddał, on udowadnia jak bardzo wcześniejsze doświadczenia wpłynęły na to jakim jest kierowcą.
Prawdziwym przełomem okazał się jednak kolejny wyścig i zwycięstwo na włoskiej Monzy. Dla tifosi był to jasny znak – mamy kierowcę, który będzie walczył o tytuł. Ostatecznie swój debiutancki sezon w ekipie Ferrari zakończył na czwartym miejscu tabeli kierowców, wlewając nadzieję w serca fanów. I kiedy wydawało się, że Ferrari w końcu ma kierowcę godnego tytułu mistrza świata, problemy pojawiały się niemal w każdym sezonie, niejednokrotnie uprzykrzając życie Monakijczykowi.
Leclerc wielokrotnie udowadniał, że nawet ze słabym i niekonkurencyjnym bolidem jest w stanie zajmować miejsca w czołówce, a nawet na podium. Bardzo często jego zmagania kończyły się jednak ze względu na problemy z samochodem: zepsuta skrzynia biegów, problemy z silnikiem, brak tempa czy błędna strategia obrana przez zespół.
Niespełnione nadzieje walki o mistrzostwo świata
Prawdziwą nadzieję rozbudził sezon 2022, który zaczął się wręcz wymarzenie dla włoskiej ekipy – dublet na podium pierwszego wyścigu i objęcie prowadzenia w tabeli kierowców właśnie przez Leclerca. Regularne wygrywanie kwalifikacji i wyścigów, już po Grand Prix Australii zapewniło mu 34-punktową przewagę nad drugim George’em Russellem. Jednak i tutaj sielanka została przerwana przez liczne problemy z samochodem, jednostką napędową, czy błędną strategią wyścigową. Bardzo dobrym przykładem będzie słynny incydent z GP Monako – wezwanie i odwołanie pit stopu, kiedy Leclerc był już w alei serwisowej, co sprawiło, że stracił pozycję lidera wyścigu. Ostatecznie sezon zakończył na drugim miejscu, ale aż 146 punktów za Maxem Verstappenem.
Kolejny sezon już od początku był dla Monakijczyka słodko – gorzki. Liczne pole position mieszały się z kończeniem wyścigów na odległych lokatach lub z kończeniem ich jeszcze przed ujrzeniem flagi w szachownicę. Kiedy rozpoczynał on swoją karierę w Ferrari, wielu stawiało, że połączenie dużego talentu i samochodu legendarnej ekipy bardzo szybko przyniesie upragniony tytuł. Nikt nie przypuszczał wówczas, że dobre momenty będą przeplatać się z tymi bardzo złymi, a w przypadku Leclerca można uznać to już za schemat. Sprawia to, że każdy wyniosły moment jego kariery staje się kruchy, a nadzieje kibiców dość szybko są tłamszone.
Z sezonu 2024 na uwagę zasługuje fakt, że po latach udało mu się wygrać GP Monako – jego domowe – co jest przez samego kierowcę oceniane, jako najważniejszy moment w karierze. To właśnie ten wyścig najbardziej pokazał siłę Charlesa, który nie poddał się w walce o marzenia, po tym kiedy musiał mierzyć się ze stratą ojca i przyjaciół. Monako stanowiło dla niego spełnienie najważniejszego celu, który w poprzednich latach zawsze miał na wyciągnięcie ręki. Brakowało tylko więcej szczęścia, bo za każdym razem coś szło nie tak – od wypadku w kwalifikacjach, zepsutej skrzyni biegów przy pole position, po wspomniany już „fałszywy” pit stop przy prowadzeniu. I na reszcie po latach to on jako pierwszy przejeżdża linie mety. W licznych wywiadach podkreślał, że na ostatnim okrążeniu myślał o ojcu, a jego oczy były zaszklone.
W tym samym sezonie sięgnął po kolejne ważne zwycięstwo w Grand Prix rozgrywanym na włoskiej Monzy. W sumie w 2024 roku wygrywał trzy razy, a na podium stawał łącznie trzynastokrotnie. Jak do tej pory był to najlepszy sezon Monakijczyka w karierze. Warto tu również dodać, że do końca sezonu Ferrari walczyło z McLarenem o mistrzostwo świata konstruktorów. Jednak zwycięstwo Lando Norrisa w ostatnim wyścigu w Abu Zabi, zapewniło to trofeum ekipie z Woking.
O 2025 roku fani Ferrari chcieliby najpewniej jak najszybciej zapomnieć. Ekipa zanotowała dwa podwójne DNF-y i nie odniosła ani jednego zwycięstwa. W klasyfikacji konstruktorów zostali nawet przegonieni przez ekipę Red Bulla i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ponad 90% punktów zdobył sam Max Verstappen. Podczas po-wyścigowych wywiadów dało się zaobserwować coraz większą rezygnację i bezradność u Monakijczyka, który nie był w stanie znaleźć rozwiązania na tak duże problemy Scuderii. Pomimo tego, że bolid włoskiej ekipy przez wielu internautów określany był mianem „traktora”, Charles siedmiokrotnie stawał na podium. Dodatkowo w ostatnim wyścigu w Abu Zabi, to właśnie on mógł zadecydować o tym, że mistrzostwo świata kierowców po raz piąty spoczęłoby w rękach Verstappena, bo przez cały wyścig nie odpuszczał Lando Norrisa „na krok”.
Nadzieja na większe sukcesy Leclerca
W testach przed sezonem 2026 Scuderia Ferrari prezentowała się bardzo dobrze, a ostatniego dnia w Bahrajnie, Charles Leclerc wyraźnie odjechał wszystkim rywalom. Nie inaczej było w czasie treningów już w Australii – w FP1 najszybszy był właśnie Leclerc. Dodatkowo w mediach krąży wiele plotek dotyczących innowacyjnych rozwiązań włoskiej ekipy, które miałyby zagwarantować im przewagę nad rywalami. Znalazło to częściowe potwierdzenie już w pierwszych wyścigach. W GP Australii Charles popisał się imponującym startem i zafundował kibicom emocjonujący pojedynek z George’em Russellem. Wyścig zakończył jednak na trzecim stopniu podium, ponownie ze względu na błędnie przyjętą przez Ferrari strategię – nie zjechali na pit stop przy samochodzie bezpieczeństwa. W Chinach tempo kierowców Scuderii również było dobre, ale wyraźnie wolniejsze od dominujących Mercedesów.
Historia Charlesa nie jest bajką o księciu na „czarnym” koniu albo w czerwonym bolidzie, który bez przeszkód zmierza po upragnioną koronę. To opowieść o kierowcy, który pomimo licznych dramatów, straty najbliższych, czy wątpliwej dyspozycji Ferrari w ostatnich latach, nie złamał się, a wręcz udowadnia, że o marzenia trzeba walczyć. Bo jeśli Ferrari w końcu dostarczy mu samochód zdolny do walki o tytuł, pozostanie już tylko jedno pytanie – czy tym razem los pozwoli mu wygrać.
Autorką artykułu jest Aleksandra Binkowska, znajdziecie ją na TikToku – link.



Zgłoszenie błędu w tekście
Zaznaczony tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: