Od rywalizacji na końcu stawki do kierowcy, który może seryjnie odnosić sukcesy, a przecież przedłużenie jego kontraktu z Mercedesem na sezon 2026 nastąpiło dopiero przed GP USA w październiku 2025 roku. Czy George Russell, którego kariera nie była usłana różami, ma szansę zdobyć w tym sezonie upragniony tytuł mistrza świata i uwolnić się od roli kierowcy, który wciąż musi coś udowadniać?
Pierwsze lata George’a Russella w F1 w zespole Williams
George Russell swoją karierę w Formule 1 rozpoczął w ekipie Williamsa, u boku Roberta Kubicy. Zespół był jednak wtedy w poważnych tarapatach – bolidy nie miały tempa, prawie nigdy nie punktowały, przez co przez większość sezonu zajmowały miejsca na końcu stawki. Jedyną pociechą dla George’a mógł być wówczas fakt, że przeważnie wygrywał wewnętrzną rywalizację między kierowcami Williamsa. Brytyjczyk jednak zawsze okazywał swojemu zespołowi ogromny szacunek. Pomimo, że wielu wskazywało, że marnuje on swój potencjał w ekipie, która zwykle zamykała stawkę, on nie zamierzał się poddać i z wyścigu na wyścig udowadniał, że drzemie w nim ogromny talent i determinacja. Wyniki nie były budujące, a w samym kierowcy na pewno czaiła się frustracja, która w takich warunkach łatwo przeradza się w zwątpienie – także w samego siebie. Mimo to wsiadał do bolidu chcąc udowodnić, że nie znajduje się na torze przypadkiem.
Kiedy w końcu udało mu się zdobyć dwa cenne punkty w wyścigu na Węgrzech w 2021 roku, nie krył wzruszenia. Jego silna reakcja wywołała spore poruszenie medialne, a Russell dość szybko stał się memem, co trwa do dzisiaj. Sam kierowca niejednokrotnie się z tego śmieje, pokazując że ma do siebie duży dystans, ale można by się zastanowić, dlaczego łzy związane z ciężką pracą i niesamowitym osiągnięciem, wywołały tak mocną reakcję. Zwłaszcza w porównaniu z innymi kierowcami, których łzy często wywołują wzruszenie u samych internautów. Dla jednych to mogą być „tylko dwa punkty”, ale dla kierowcy, który przez lata musiał walczyć sam ze sobą, ze swoją ambicją i do tego jeszcze z bardzo słabym samochodem, stanowiły nie lada osiągnięcie. Czy George jest zatem inaczej odbierany przez użytkowników portali społecznościowych? Na pewno można tu przywołać pojęcie presji męskości w sporcie, gdzie niekiedy nawet niewielkie wzruszenie i łzy są szeroko komentowane. Dodatkowo jeśli dorzucimy do tego fakt, że Russell słynie z bardzo szczerych wypowiedzi, szczególnie tych krytycznych, a liczba osób, które za nim „nie przepadają” jest dość spora, dostajemy odpowiedź na to, dlaczego potencjalnie pada ofiarą medialnej nagonki. To moment, który pokazuje, że odbiór emocji nie zależy od ich autentyczności, lecz od narracji wokół zawodnika.
Prawdziwym przełomem w jego karierze był wyścig w Bahrajnie w 2020, gdy zasiadł za kierownicą Mercedesa W11, w zastępstwie za Lewisa Hamiltona u którego wykryto koronawirusa. Russell wówczas przejął stery bolidu już 7-krotnego mistrza świata. Russell był wyraźnie wyższy niż etatowi kierowcy Mercedesa w tamtym sezonie, wymiary bolidu nie były do niego dostosowane, dlatego musiał jeździć w za małych butach i ciasnym dla siebie kokpicie. Mimo tych przeciwności brylował jednak w kwalifikacjach, a w wyścigu prowadził aż do momentu neutralizacji i przeprowadzenia pit stopu. W wyniku błędu zespołu, Brytyjczykowi założono dwie przednie opony Valtteriego Bottasa, przez co musiał zjechać do alei serwisowej jeszcze raz, tracąc tym samym szansę na zwycięstwo. Cały wyścig pokazał jednak jak ogromny potencjał drzemie w kierowcy, któremu do osiągania dobrych rezultatów wystarczy tylko i aż konkurencyjny samochód. Z drugiej, nieco bardziej psychologicznej strony, był to bardzo ciężki moment dla młodego Brytyjczyka, który po wyścigu podkreślał, że czuje ogromny zawód, rozczarowanie i zdewastowanie, a także, że zwycięstwo w tak ważnym wyścigu zostało mu po prostu „odebrane”.
Przejście Russella do Mercedesa i pierwsze prawdziwe sukcesy w F1
W 2022 roku George Russell przeniósł się do Mercedesa, gdzie jednak przez pierwsze sezony był drugim kierowcą, za fenomenalnym Lewisem Hamiltonem. Funkcjonowanie u boku takiej postaci jak Hamilton oznaczało nie tylko sportową rywalizację, ale również ciągłe porównania. Mimo wszystko mając do dyspozycji dobry bolid zaczął regularnie punktować i stawać na podium (siedmiokrotnie), kończąc sezon na czwartym miejscu tabeli kierowców. Najważniejszym momentem tego sezonu było jednak pierwsze zwycięstwo odniesione w Brazylii. Radość, wzruszenie, ponowne uwierzenie w siebie i swoje umiejętności, a także wiara, że jest to tylko początek czegoś niezwykłego – takimi określeniami można opisać to czego dokonał w swoim pierwszym zwycięskim wyścigu z Mercedesem. Kolejny sezon był już nieco mniej udany, bo na podium stawał dwukrotnie (zawsze na trzecim stopniu).
Początek 2024 roku przyniósł sensacyjne wieści o transferze Lewisa Hamiltona do Scuderii Ferrari. Oznaczało to, że George Russell w końcu zostanie głównym kierowcą niemieckiej ekipy, ponieważ jego zespołowym partnerem za rok zostanie 18-letni wówczas Andrea Kimi Antonelli. Sezon 2024 jeszcze u boku Hamiltona, nie był wymarzony dla Russella, ponieważ na podium stanął łącznie cztery razy, ale w tym również dwukrotnie triumfował.
Z kolei rok 2025 był prawdziwym pokazem siły Russella. Był on jedynym kierowcą, poza trójką walczącą do końca o mistrzostwo świata, czyli Piastrim, Norrisem i Verstappenem, który wygrywał wyścigi. Dodatkowo na podium stał siedmiokrotnie, a zwyciężał – dwukrotnie. Był też jedynym kierowcą, który ukończył wszystkie wyścigi, a nie zdobył punktów tylko w jednym z nich. Wysłał tym samym sygnał do rywali, że jest gotowy na walkę o tytuł mistrza świata.
Szansa na mistrzowski tytuł w 2026 roku i ponownie konieczność udowodnienia swojej wartości
W przerwie zimowej w mediach zaczęły pojawiać się doniesienia, że Mercedes zbudował „samochód-rakietę”. Od samego początku wskazywani byli jako faworyci do obu mistrzowskich tytułów. Miały to potwierdzić pierwsze testy w Barcelonie, a także główne testy w Bahrajnie, gdzie jednak nie pokazali pełni mocy, o czym mogliśmy się przekonać podczas pierwszego weekendu wyścigowego. Na treningach w Australii zarówno Russell, jak i Antonelli jeździli dobrze, ale nie odskakiwali za bardzo rywalom. Aż w końcu nadeszły kwalifikacje, gdzie w Q3 George Russell zyskał niebotyczną przewagę nad rywalami spoza ekipy Mercedesa. Trzeci Isack Hadjar tracił do Brytyjczyka prawie 0,8 sekundy. Wszyscy przecierali oczy ze zdumienia, a internauci zdążyli już ogłosić Russella „Mistrzem Świata”. Niedziela tylko potwierdziła dominację kierowcy Mercedesa, który również dzięki dobrej strategii zespołu sięgnął po pierwsze w tym sezonie zwycięstwo. W Chinach sytuacja uległa jednak zmianie, bo w wyścigu Brytyjczyk stanowił tło dla Kimiego Antonellego, który wygrał swój pierwszy wyścig w Formule 1 i pokazał, że może stanowić największą konkurencję na doświadczonego Russella. I kiedy niektórzy zaczęli się zastanawiać, czy fenomenalna postawa Antonellego to jednorazowy „wybryk”, ten w Japonii po raz kolejny udowodnił, że to nie był przypadek, bo ponownie w kwalifikacjach wywalczył pole position, a potem zwyciężył w wyścigu.
Po GP Japonii narracja diametralnie się odwróciła. Russell znów znalazł się w znajomej dla siebie roli – kierowcy, który musi udowadniać swoją wartość. Różnica polega na tym, że tym razem przeciwnikiem nie jest słaby bolid, lecz narracja, która już wybrała swojego faworyta. W mediach pojawia się coraz więcej głosów, że to właśnie młody Włoch jest teraz najpoważniejszym kandydatem do tytułu mistrza świata, a na George’a wylała się fala krytyki. Wielu zarzuca mu brak umiejętności i podkreśla, że korzysta jedynie z „bolidu-rakiety” i dzięki temu wygrywa wyścigi. Należy tutaj podkreślić, że Brytyjczyk był jednym z pechowców w przytaczanym wyścigu, ponieważ zjechał do pit stopu okrążenie przed tym, jak na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa, co przekreśliło jego szanse na podium. W wywiadach po wyścigu niejednokrotnie podkreślał, że był to dla niego zły weekend, a szczęście ewidentnie było po drugiej stronie garażu niemieckiej ekipy. Wywołało to niezadowolenie wśród fanów, którzy zaczęli w komentarzach „wylewać swoje żale”, że kierowca nie ma prawa narzekać, mając do dyspozycji tak dobrze skonstruowany samochód. Jakby tego było mało w mediach pojawiły się plotki o rzekomym transferze Maxa Verstappena do Mercedesa. Internauci są zgodni, że zastąpiłby on właśnie George’a, a nie „złote dziecko Toto Wolffa” – Kimiego Antonellego. Takie newsy na pewno nie pomagają Russellowi, który niemal do samego końca zeszłego sezonu musiał walczyć o przedłużenie kontraktu. Wydawać by się mogło, że w jego przypadku historia wciąż zdaje się zataczać koło i pomimo, że jest to już doświadczony kierowca to w dalszym ciągu musi zmagać się z presją udowadniania swoich umiejętności.
Patrząc na karierę George’a z szerszej perspektywy możemy dostrzec, że nie była ona usłana różami. Zawsze musiał walczyć o swoje miejsce w stawce – najpierw przeciwnikiem był niekonkurencyjny bolid, a potem partnerzy z zespołu. I kiedy już wydawało się, że ten sezon może należeć do Brytyjczyka, do walki dołącza Kimi Antonelli, który przestaje być postrzegany jako „niegroźny rookie bez doświadczania”. I teraz pojawia się pytanie: czy jeśli dojdzie do sytuacji, że obaj kierowcy Mercedesa będą szli „łeb w łeb” w walce o tytuł, to na kogo postawi wówczas zespół? Na tego który przez lata musiał udowadniać, że zasługuje na miejsce w ekipie? Czy może na młody talent? Odpowiedzi poznamy jednak dopiero za kilka miesięcy. Może się jednak okazać, że sezon, który miał być dla Russella sezonem marzeń, bardzo szybko okaże się kolejnym sezonem rodem z koszmaru. Bo być może największym wyzwaniem George’a Russella nie jest pokonanie rywali, lecz dowiedzenie – w końcu i raz na zawsze, że nie musi już niczego udowadniać.
Autorką artykułu jest Aleksandra Binkowska, znajdziecie ją na TikToku – link.



Zgłoszenie błędu w tekście
Zaznaczony tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: